Smartfon z GPSem w Kajakarstwie

W pierwszym Media Markcie (Kraków, M1) serwisant pooglądał smartfona z GPSem do kajaku i stwierdził, że ok, wymiana – wymianą, ale nie przyjmie go… bo nosi ślady użytkowania. Konkretnie chodziło mu o mikroryskę długości 3 mm na osłonce obiektywu aparatu… Ryskę, którą sam dostrzegłem dopiero pod światło. Jest to o tyle zabawne, że na moich dokumentach serwisowych, wypisanych już w serwisie Samsunga, mam jak byk – „stan: smartfon jak nowy”.

Pan zaproponował mi serwis, a ja zrezygnowałem i zacząłem marudzić na Twitterze. Nie przyznając się jednak przed obserwującymi do małej machloi, postanowiłem pojechać do innego Media Marktu – Kraków, galeria Solvay Park. Przecież warto spróbować.

Tam dowiedziałem się, że niby wszystko git, ale nie mogą wymienić urządzenia bo… jest uszkodzone. Do czego sam się przyznałem. Ale, zaraz… to po co jest ten 14-dniowy okres próbny? Dlaczego podczas zakupu nie podbito mi gwarancji („mieszka pan w Krakowie? To przyjdzie pan podbić za kilka dni, jak wszystko będzie ok” ~ pani kasjerka)?

W tym momencie załamałem się już totalnie. Może nie powinienem był odpuszczać, może powinien dochodzić się moich praw na podstawie magicznego zwrotu niezgodność z umową. Może – ale teraz już za późno. GPS nie pasuje do kajaku. Na domiar złego, w sklepie podbito mi gwarancję (w końcu to 13. dzień od zakupu!) i odesłano do autoryzowanego serwisu Samsunga.

Mała refleksja: z Twittera dowiedziałem się, że nie powinien marudzić, że miałem pecha – i każdemu mogło się to przytrafić. Że mam oddać do serwisu i czekać, jak każdy szanujący się obywatel. Ale zaraz, mój SGS4 się nie zepsuł. On BYŁ zepsuty już w pudełku!

Czy to znaczy, że zakup smartfona (nieważnie, czy kosztuje 300, czy 3000 zł) to LOTERIA? Mam szczęście, sprzęt po wyjęciu działa, mam pecha – nie działa? W sytuacji takiej, jak moja jak psu buda należała mi się WYMIANA urządzenia na nowy, pachnący jeszcze fabryką egzemplarz. Dlaczego to ja mam inwestować mój czas w naprawę smartfona, którego kupowałem jako nowego? Czy to nie żałosne?

Ja to widzę tak – zanoszę sprzęt do serwisu (nawet nagrałem film przedstawiający problem – widoczny poniżej. Dołączyłem go na płycie do smartfona). W jeden dzień serwisant sprawdza, czy nie ma pęknięć, sugerujących upadek urządzenia, czy plomby nie są zerwane, czy magiczne nalepki informujące o kontakcie z cieczą są nadal białe. Jeśli ewidentnie widać, że to nie ja zawiniłem – znaczy, że faktycznie dwutygodniowy sprzęt musiał być popsuty już w momencie zakupu. Oto wizja utopijna. A jaka była faktyczna?